
Przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej nie będę czytać Harlequin'ów.
Pewnie wytrwam w postanowieniu aż do następnego razu, ale póki co - mam zamiar nawet nie zerkać w stronę tej cholernej półki, na której stoją.
Kto w ogóle pisze te idiotyzmy? I po co?
Żeby sprzedawać kobietom na całym świecie wielkie rozczarowanie?
Dobrze, w porządku, wiem. Ja po prostu nie jestem normalna.
Nikt normalny nie przejmuje się takimi bzdurami, jak ja.
I pewnie żadna kobieta czytająca te łzawe historyjki nie popada przy tym w kompleksy.
...Jak już ustaliliśmy wcześniej - nie jestem normalna.
Pytanie brzmi - to on nie potrafi prawić komplementów, czy to ja nie potrafię ich przyjmować i automatycznie neguje każde dobre słowo?
Może powinnam się wybrać na jakąś długą i skomplikowaną terapię? Usuwania mózgu - na przykład.
Bądź co bądź on mi i tak nie jest potrzebny.
Myśleć sama nie umiem, a przynajmniej z tego myślenia nie wynika nic dobrego. Bo jak już myślę, to same złe rzeczy na temat, a jakże, swój własny.
I po co?
Przecież jest tysiąc ciekawszych rzeczy do roboty niż użalanie się nad sobą.
Na przykład nauka do zbliżającego się egzaminu z TPPP.
Więc pożegnam się z ciszą, bo czytelników i tak brak w tej księdze skarg i zażaleń, i wrócę do nauki.
Jechałam ostatnio jednym z tych skomputeryzowanych autobusów, który uprzejmie informował mnie(czerwonymi literkami na ekranie), jakim autobusem jadę, dokąd jadę, kto ma dziś imieniny i jaki mamy dzień, miesiąc i rok.
Dotarło do mnie, że kiedy przyszedł rok 2000, miałam 10 lat. I że to działo się już 10 lat temu.
Bogowie. W tym roku skończę 20 lat.
Pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę staro.
Nie dlatego, że 20 lat to taki sędziwy wiek... Raczej dlatego, że to już nie szkoła, to nie milusie liceum, gdzie wciąż nie trzeba było brać za siebie tak całkiem do końca odpowiedzialności, nie trzeba było się martwić nadchodzącą sesją, ani tym, czy te 50 zł, bezpiecznie ukryte w moim portfelu, wystarczy do końca miesiąca...
Tak, tak, sama tego chciałam. Chciałam wynieść się z domu, chciałam niezależności i wolności tu, w mieście blisko gór, a tak daleko od dawnego domu.
I właściwie, co jest nawet godne podziwu - udało się. Chciałam, wzięłam się do realizacji planów i już. Jestem tu. W miejscu, które coraz bardziej staje się moim domem.
Tyle, że mieszkając tam, w "dawnym domu", nie musiałam się zastanawiać: "Czy jeśli kupię sobie dziś hamburgera, to wystarczy mi na jedzenie w najbliższym czasie?".
Ha. Zdecydowanie jeden z większych plusów mieszkania z rodzicami - jedzenie.
Ale skoro tak pięknie się wszystko potoczyło z przeprowadzką i rozpoczęciem "życia na nowo", to dlaczego w innych dziedzinach życia nie chce się udać?
Tak, wiem, przyrzekłam sobie, że nie będę narzekać, bo sama sobie wtedy podcinam skrzydła, ale... To strasznie męczące. To nie-lubienie-siebie.
Zastanawiam się, czy gdybym była kimś innym, polubiłabym takiego Mooniaka?
I jeśli tak, to za co?
Bo ja osobiście swoich plusów nie widzę, chociaż miałam się do tego nie przyznawać.
I poczułam się staro jeszcze dlatego, że odczułam, że nic tak naprawdę nie osiągnęłam. To już dwadzieścia lat, wypadałoby chociaż wypracować sobie "coś, co lubię" i tego się trzymać.
Znaleźć jakieś hobby, które potrwa dłużej niż rok, dwa lata i pozwoli mi się rozwijać...
A tu nic.
Czy bycie żoną i matką można zaliczyć do życiowych zainteresowań?
Chyba nie bardzo, co...?
Ale, żeby nie było, że nic, tylko 'smutam', trzeba sprawiedliwie przyznać - mam dom, 'przyszłego męża' i psa. I góry na wyciągnięcie ręki.
A to już coś, no nie? (:
No, nie ważne. Obiecałam sobie, że zamiast zrzędzić, że nic nie umiem, będę się uczyć, więc lecę do książek.
W końcu - było nie było - zbliża się sesja i byłoby fajnie ją zdać (:
To ja, to ja, to ja, to ja dziś piszę tu! Fatum, znaczy się, bo Mooniak tak tylko siedzi i siedzi i czyta i czyta, ja to w ogóle nie wiem, po co?
Dobrze, że psy nie musza studiować, ja bym tak nie czytała... :)
Czasem to już jej piszcze przy uchu, żeby ją na spacer wyciągnąć i tylko wtedy się ruszy od biurka...
A tak pięknie jest przecież! Śnieżek! Taaak!
Ja kocham śnieżek, takie wieeelkieeee zaaaaspyyy! Łiiiiii!
I trochę zimno się robi, ale co tam!
I Mooniak zabiera smycz i ja biegam i ona rzuca mi śnieżki i ja ich szukam, ale jakoś w tym śniegu nigdy nie mogę ich znaleźć! No czemu nie mogę, no? Przecież to chyba łatwo znaleźć śnieg w śniegu... :D
I wiem, że trochę późno na "noworoczną" notę powitalną, ale wiecie, jak trudno jest napisać tak dużo, kiedy się nie ma palców?! Wyobraźcie sobie! :D
I pisałam tak długo i dopiero dziś skończyłam, więc...
Razem z Mooniakiem życzymy Wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku! :D

Mam nowe zadanie.
Muszę kolorować szare słowa, odepchnąć szare uczucia, nie słyszeć szarych myśli.
Bo "szare" jest dla Nich złe.
"Szare" to smutne, a smutne jest złe.
Przygniata mnie ogromny ciężar nie-mówienia.
A kiedy chcę powiedzieć Oni nie próbują słuchać. Nie wysilają się nawet, by zrozumieć. Mówią, że ich zasmucam, albo dają gotowy przepis na postępowanie. Z reguły ich wypowiedzi zaczynają się i kończą na "powinnaś".
Kto wymyślił to paskudne słowo, hm?
Przytłacza mnie cała ta sytuacja, cała ta nowa rzeczywistość, a Oni nie pomagają, pokazując, że Im mam o tym nie mówić, bo to "dołujące".
Pierwszy raz w życiu odwróciła się ode mnie! I to w taki sposób! "Zdołowałaś mnie, nie mów tak więcej"!
A przecież nie mówiłam jej o końcu świata, nie mówiłam, że chcę się zabić, czy coś - bo nie chcę!
Ale żebym z Nią nie mogła porozmawiać o tym, co czuję? Tego jeszcze nie było!
No a On? Wcale nie jest lepszy!
I kiedy tak mi mówią, tak: "wiesz, zasmucasz mnie, dobijasz mnie", to ja już nie mam siły się odezwać.
Już w ogóle odechciewa mi się z Nimi rozmawiać, otwierać się dla Nich...
Tylko jak ja to mam zrobić, żeby z nikim nie przeprowadzać szczerych rozmów i nie zwariować równocześnie od nadmiaru tego wszystkiego we mnie w środku?
Jak do cholery mam to przeżyć, kiedy potrzebuję rozmowy a jej nie ma? Jak mam sobie poradzić sama?
Przecież od tego są przyjaciele!
A Oni oboje są mi najbliżsi, znający mnie, zdawać by się mogło, najlepiej...
Gdzie jest ten czas, kiedy można było tak po prostu wyłożyć się na ciepłym asfalcie, albo zasiąść na gruszy i patrzeć na chmury typu cumulus w kolorze białym...?
Łąka, na której przez całe moje życie stała ta samotna grusza, została zaorana i coś sobie na niej rośnie...
Kiedy to zobaczyłam w tym roku przeżyłam szok.
To było straszne i paskudne przeżycie.
To był wyraźny znak, gruba krecha wyznaczająca koniec mojego dzieciństwa, pokazująca, że już nie będzie powrotu.
To tego dnia właśnie poczułam, że już nie jestem dzieckiem. I już nigdy nie będę.
Zabrali mi coś, co było pewnikiem każdego mojego lata spędzanego w Taciszowie.
Wiedziałam, że każdego dnia mogę wyjść z domu, przejść asfaltową drogą między działkami, minąć karuzelę i starą szopę, przy której był wylany betonem dół w ziemi(a dalej, jeśli ktoś miał dość odwagi by przedzierać się przez chaszcze, studnia życzeń) i zobaczyć gruszę. Jedną jedyną samotną gruszę. Asfalt przegrywał z polną drogą, która wyznaczała mu granice panowania i prowadziła między polami na łączkę, na której rosła grusza.
To było tak pewne, jak fakt, że słońce wstaje na wschodzie i to, że zachodzi zawsze za tamtejszym kościołem.
Bo jeśli minęło się karuzelę i poszło w drugą stronę, można było trafić "na wał". Usiąść tam i mieć przed sobą jezioro z "tą dziwną kostką", do której wchodziliśmy zawsze z chłopakami, a za sobą kościół. I wieczorami można było się odwrócić i patrzeć, jak słońce ucieka za kościół...
I tego też już nie ma.
Do gruszy nie ma dojścia przez to nieszczęsne pole, które zrobili z łączki. Mojej łączki, mojej kochanej łączki!
A kostka od lat jest całkowicie zalana, woda w jeziorze potwornie zanieczyszczona i chodzenie "na wał" nie sprawia już żadnej przyjemności...
Może tak właśnie ma być, ja wiem, wszystko się zmienia.
Ale ja wcale nie chcę tych zmian.
Chciałabym, żeby Taciszów został nienaruszony. Żebym mogła wracać i poczuć się znów dzieckiem, za każdym razem, kiedy spojrzę na znajome miejsca... I nie martwiłabym się, czy ktoś mnie słucha, czy w ogóle słyszy, nie czułabym takich paskudnych "rzeczy, które zasmucają i o których nie wolno rozmawiać"...
Tam to już nie jest mój dom, ale tutaj też jeszcze nie.
Z dachem nad głową i pełną lodówką jakoś tak dziwnie czuję się bezdomna...
Przeszłam przez wielkie bramy, całkowicie pokryte lodem... I znalazłam się w krainie zimy, całkowitej, paskudnej Zimy.
Otacza mnie z każdej strony straszna Zima, której nie widać. Zima, która panuje w sercach i umysłach.
I odwiedził mnie cień zwany Zniechęceniem. Rzuca się na wszystko, czego dotknę, na wszystko, co mnie otacza. I toważyszy mi już absolutnie wszędzie.
Nowa para show-biznesu = Mooniak i Zniechęcenie.
Ha.
Nie mam serca już chyba w ogóle. Skąd ten wniosek? Cóż... Od dłuższego czasu powtarzają się zwroty "nie mam serca do nauki", "nie mam serca do tej uczelni", "nie mam serca do tego, tamtego..." więc już chyba w ogóle go nie mam.
Nie chcę smęcić i się użalać, ale ciężko jest wciąż udawać, że wszystko jest tak radosne i wspaniałe, kiedy nie jest.
I ciężko mi rozmawiać z paniem X, który przecież był moim przyjacielem tyle lat...
Zauważyłam, że jakoś od około roku... Może nawet półtora... Strasznie mnie pan X irytuje. Paskudnie. Niemożliwie.
Urywam rozmowy z nim, bo nie mogę znieść jego wypominania mi wszystkiego.
Z panem Y też ostatnio jakoś nie jest tak najlepiej... Czyżby to już "zmęczenie materiału"?
A może to mnie opętał jakiś nowy wirus grypy?
Takiej umysłowej chyba.
Skąd to się bierze, co?
Zniechęcenie przeklęte, czegoś się mnie tak uczepiło jak rzep psiego ogona?
Może ja się już zwyczajnie zepsułam?
Na nic nie mam ochoty, poza tym, żeby mi wszyscy dali święty spokój.
Nic mi się nie chce, a tego to jeszcze w historii muniaczej nie było...
Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz trzymałam w dłoni pędzel i byłam zadowolona z wyniku mojej pracy...
Ciągle sama siebie rozczarowuję, innych zresztą też...
I naprawdę, ale to naprawdę moim największym pragnieniem teraz jest móc się położyć i zasnąć, bez myśli, że przecież mam zobowiązania, że studia, że cokolwiek...
Ah, żeby tak nikt niczego ode mnie nie oczekiwał, nie chciał, nie żądał...
Marzenie ściętej głowy, co?
Panie i panowie, oto nadeszła histEryczna chwila - Mooniak nie rozumie tego, co czyta.
Zacznijmy od tego, jak bardzo dla Mooniaka irytujące jest zapisywanie w popularno-naukowych książkach połowy zdania w języku polskim, połowy po łacinie.
Halo! Dzień dobry!
Żyjemy w Polsce i mamy słowa, którymi spokojnie możemy zastąpić zwrot np. "in statu nascendi", co według wujka Google znaczy "w trakcie powstawania"!
Ewentualnie, skoro wszyscy tak cenią i kochają łacinę, może wszystkie książki powinny być napisane w całości w tym języku?
Wiem, może niepotrzebnie się bulwersuję, skoro wujek Google dał odpowiedź, ale... Co powiecie na to:
"I dlatego[socjologia] cechuje się rozproszeniem tematycznym na poziomie empirycznym i pluralizmem modeli na poziomie teoretycznym." ?
Osobiście stwierdzam, że jest to za trudne jak dla takiego misia o małym rozumku, jakim jest Mooniak.
Skąd ci dziwni ludzie biorą takie słowa?
Mam wrażenie, że do rozszyfrowania takiej książki niezbędny jest jakiś wysokiej klasy słownik...
I nie byłoby to nawet takie złe, gdyby ta książka nie składała się z dwóch części, z których każda ma około tysiąca stron...
Dobrze, dobrze, może marudze, wyolbrzymiam "i w ogóle", ale chyba zwyczajnie nie czuję się na siłach by zrozumieć, "co autor miał na myśli", próbując mi przekazać swoją skomplikowaną wizję codzienności.
Otóż właśnie, moi mili, cały ten bełkot dotyczy rozważań na tym, "czym jest codzienność?"...
~~~~
Z cyklu "rozmowy niekontrolowane o trzeciej nad ranem":
-Mam syfilis!
-A ja wrzody! Wymieńmy się!
I chyba lepiej nie wnikać, o co chodziło tym razem... (;
~~~~
Tym optymistycznym akcentem żegnam Was moi mili. Dobrej nocy (:
P.S.
Nie, wcale nie jestem w grobow-religijno-refleksyjnym nastroju, żygać mi się tym chce, nie szukajcie dziś u mnie jakichś łzawych moralniaków z okazji Dnia Zmarłych, czy jakkolwiek inaczej to nazywają...
Czasem potrafię być zwyczajnie podła i zdaję sobie z tego sprawę.
Chociaż to chyba nie moja wina, mam wrażenie, że to jakaś wada konstrukcyjna, bo na każdą religijną akcję, która ma mnie przekonać do "chrześcijaństwa", "katolicyzmu", "Kościoła" czy "aktywnej wiary" reaguję regularną, niekontrolowaną ku*wicą.
Serio.
Dlatego zmarłym podziękujmy za życie, żyjącym za to, że jeszcze nie umarli i na tym poprzestańmy.
Wróciłam dzisiaj z uczelni tak niemożliwie wściekła... Nie sądziłam, że po "panu" A. jest na świecie cokolwiek, co może mnie tak wyprowadzić z równowagi.
A jednak jest.
Może ja miałam po prostu zbyt wygórowane mniemanie o studiach i studentach...?
Wydawało mi się, że na uczelni jest trochę inaczej niż w liceum, ale luz, to da się znieść, nawet się szybciej zaaklimatyzowałam.
Ale wydawało mi się też, że z ludźmi na studiach będzie można przeprowadzić kulturalną konwersację, bez sformułowań w stylu "zamknij się", czy "po co się odzywasz?", bez oceniania i obgadywania po kątach...
Zwyczajnie czuję się, jakbym miała do czynienia z ludźmi ledwie po podstawówce.
Powiedzcie mi, proszę, skąd się biorą kulturalni, oczytani ludzie?
I czy może istnieje pogotowie, albo jakaś grupa wsparcia, dla zdesperowanych nastolatek, pragnących rozmowy na poziomie?
Bardzo chętnie się tam zgłoszę...
Zabieram się za pisanie tej notki od jakichś... Dwóch miesięcy?
I dziś też mi nie wyszło. Wrzucam te słowa tylko po to, żeby mi nie usunęli bloga przypadkiem...