
Przeszłam przez wielkie bramy, całkowicie pokryte lodem... I znalazłam się w krainie zimy, całkowitej, paskudnej Zimy.
Otacza mnie z każdej strony straszna Zima, której nie widać. Zima, która panuje w sercach i umysłach.
I odwiedził mnie cień zwany Zniechęceniem. Rzuca się na wszystko, czego dotknę, na wszystko, co mnie otacza. I toważyszy mi już absolutnie wszędzie.
Nowa para show-biznesu = Mooniak i Zniechęcenie.
Ha.
Nie mam serca już chyba w ogóle. Skąd ten wniosek? Cóż... Od dłuższego czasu powtarzają się zwroty "nie mam serca do nauki", "nie mam serca do tej uczelni", "nie mam serca do tego, tamtego..." więc już chyba w ogóle go nie mam.
Nie chcę smęcić i się użalać, ale ciężko jest wciąż udawać, że wszystko jest tak radosne i wspaniałe, kiedy nie jest.
I ciężko mi rozmawiać z paniem X, który przecież był moim przyjacielem tyle lat...
Zauważyłam, że jakoś od około roku... Może nawet półtora... Strasznie mnie pan X irytuje. Paskudnie. Niemożliwie.
Urywam rozmowy z nim, bo nie mogę znieść jego wypominania mi wszystkiego.
Z panem Y też ostatnio jakoś nie jest tak najlepiej... Czyżby to już "zmęczenie materiału"?
A może to mnie opętał jakiś nowy wirus grypy?
Takiej umysłowej chyba.
Skąd to się bierze, co?
Zniechęcenie przeklęte, czegoś się mnie tak uczepiło jak rzep psiego ogona?
Może ja się już zwyczajnie zepsułam?
Na nic nie mam ochoty, poza tym, żeby mi wszyscy dali święty spokój.
Nic mi się nie chce, a tego to jeszcze w historii muniaczej nie było...
Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz trzymałam w dłoni pędzel i byłam zadowolona z wyniku mojej pracy...
Ciągle sama siebie rozczarowuję, innych zresztą też...
I naprawdę, ale to naprawdę moim największym pragnieniem teraz jest móc się położyć i zasnąć, bez myśli, że przecież mam zobowiązania, że studia, że cokolwiek...
Ah, żeby tak nikt niczego ode mnie nie oczekiwał, nie chciał, nie żądał...
Marzenie ściętej głowy, co?
Panie i panowie, oto nadeszła histEryczna chwila - Mooniak nie rozumie tego, co czyta.
Zacznijmy od tego, jak bardzo dla Mooniaka irytujące jest zapisywanie w popularno-naukowych książkach połowy zdania w języku polskim, połowy po łacinie.
Halo! Dzień dobry!
Żyjemy w Polsce i mamy słowa, którymi spokojnie możemy zastąpić zwrot np. "in statu nascendi", co według wujka Google znaczy "w trakcie powstawania"!
Ewentualnie, skoro wszyscy tak cenią i kochają łacinę, może wszystkie książki powinny być napisane w całości w tym języku?
Wiem, może niepotrzebnie się bulwersuję, skoro wujek Google dał odpowiedź, ale... Co powiecie na to:
"I dlatego[socjologia] cechuje się rozproszeniem tematycznym na poziomie empirycznym i pluralizmem modeli na poziomie teoretycznym." ?
Osobiście stwierdzam, że jest to za trudne jak dla takiego misia o małym rozumku, jakim jest Mooniak.
Skąd ci dziwni ludzie biorą takie słowa?
Mam wrażenie, że do rozszyfrowania takiej książki niezbędny jest jakiś wysokiej klasy słownik...
I nie byłoby to nawet takie złe, gdyby ta książka nie składała się z dwóch części, z których każda ma około tysiąca stron...
Dobrze, dobrze, może marudze, wyolbrzymiam "i w ogóle", ale chyba zwyczajnie nie czuję się na siłach by zrozumieć, "co autor miał na myśli", próbując mi przekazać swoją skomplikowaną wizję codzienności.
Otóż właśnie, moi mili, cały ten bełkot dotyczy rozważań na tym, "czym jest codzienność?"...
~~~~
Z cyklu "rozmowy niekontrolowane o trzeciej nad ranem":
-Mam syfilis!
-A ja wrzody! Wymieńmy się!
I chyba lepiej nie wnikać, o co chodziło tym razem... (;
~~~~
Tym optymistycznym akcentem żegnam Was moi mili. Dobrej nocy (:
P.S.
Nie, wcale nie jestem w grobow-religijno-refleksyjnym nastroju, żygać mi się tym chce, nie szukajcie dziś u mnie jakichś łzawych moralniaków z okazji Dnia Zmarłych, czy jakkolwiek inaczej to nazywają...
Czasem potrafię być zwyczajnie podła i zdaję sobie z tego sprawę.
Chociaż to chyba nie moja wina, mam wrażenie, że to jakaś wada konstrukcyjna, bo na każdą religijną akcję, która ma mnie przekonać do "chrześcijaństwa", "katolicyzmu", "Kościoła" czy "aktywnej wiary" reaguję regularną, niekontrolowaną ku*wicą.
Serio.
Dlatego zmarłym podziękujmy za życie, żyjącym za to, że jeszcze nie umarli i na tym poprzestańmy.
Wróciłam dzisiaj z uczelni tak niemożliwie wściekła... Nie sądziłam, że po "panu" A. jest na świecie cokolwiek, co może mnie tak wyprowadzić z równowagi.
A jednak jest.
Może ja miałam po prostu zbyt wygórowane mniemanie o studiach i studentach...?
Wydawało mi się, że na uczelni jest trochę inaczej niż w liceum, ale luz, to da się znieść, nawet się szybciej zaaklimatyzowałam.
Ale wydawało mi się też, że z ludźmi na studiach będzie można przeprowadzić kulturalną konwersację, bez sformułowań w stylu "zamknij się", czy "po co się odzywasz?", bez oceniania i obgadywania po kątach...
Zwyczajnie czuję się, jakbym miała do czynienia z ludźmi ledwie po podstawówce.
Powiedzcie mi, proszę, skąd się biorą kulturalni, oczytani ludzie?
I czy może istnieje pogotowie, albo jakaś grupa wsparcia, dla zdesperowanych nastolatek, pragnących rozmowy na poziomie?
Bardzo chętnie się tam zgłoszę...
Zabieram się za pisanie tej notki od jakichś... Dwóch miesięcy?
I dziś też mi nie wyszło. Wrzucam te słowa tylko po to, żeby mi nie usunęli bloga przypadkiem...
I'm right here where you want me to be...
Znacie to?
Jest coś, coś, z czym zetknęliście się 5, 10 lat temu, było dla was ważne, poruszyło was, a może po prostu zrobiło na was wrażenie? To coś siedzi sobie w was i powoli się zaciera, aż w końcu zostaje zupełnie zapomniane.
Ale do mnie czasem wraca i łapie mnie za gardło.
I tak bardzo, bardzo chcę sobie przypomnieć!
Tak jak dziś, strzępki pamięci i gorączkowa rozmowa z koleżanką, żeby coś, cokolwiek więcej sobie przypomnieć!
Tym razem chodziło o piosenkę, o zespół, pamiętałam wygląd wokalisty i to, że piosenki były o miłości, o uczuciach, ale kurde! Ani jednego słowa! Ani nazwy zespołu! Nic!
Coś kojarzyło mi się, że na początku mają 'N' więc poszłam tym tropem, trochę się pogubiłam najpierw, ale wreszcie znalazłam to, czego szukałam! (:
Tylko jakimi torami biegną moje myśli, tego to nawet Bogowie nie wiedzą.
Szybkie skojarzenia, sekundowe mrugnięcia, zupełnie nagłe przebłyski...
A ludzie sie dziwią, że jestem zakręcona jak słoik dżemu... (;
Nie skorzystam już nigdy z najlepszej z Twoich rad
Jestem stary jak najstarsza z moich szmat
Złota ze mnie nie wypłuczesz, nie został nawet gram
Gram dla siebie i czasem dobrze czuję się sam
Mówiłaś: w niedzielę najlepszy ubierz strój
Stój i mocno mnie trzymaj, jesteś przecież mój
Zabrałaś wszystko został tylko nasz pies
Jest łóżko i krzesło, tak naprawdę nie ma mnie
I tak patrzę w jego oczy wyszczekana morda mać
Macie rację, że wierność najlepsza jest u psa
Rzucić patyk i kopnąć a czasem ryczeć stój
Stój ty głupi kundlu, jesteś przecież mój!
Siudma Góra moi mili.
Ostatnio nie wiem, kim jestem i co czuje.
Nie wiem. Po prostu nie mam pojęcia.
W jednej chwili euforia i radość, spokój i czysto-stan a już za moment zwątpienie i niemiły dotyk ostrych kamieni z dna.
W tej chwili nie mam w życiu nic pewnego poza psem i tym, że ludzie z gruntu są paskudni, samolubni i dbają tylko o siebie.
A może to ja muszę na takich ludzi trafiać, nie wiem.
Ale to jest wstrętne. Robisz dla nich wszystko, o co poproszą, a w zamian dostajesz duże, ogromne nic.
I boję się, że sobie nie dam rady. Boję się tego bardzo. Czasem jest myśl - hej, czemu masz sobie nie poradzić? To tylko Życie, ani złe, ani dobre, po prostu Życie, ten mały skrzat, który wcale nie jest straszny.
I w takich chwilach nie boję się.
Ale takie chwile to rzadkość.
Bo potem przychodzi ta myśl, że Życie to też użeranie się z ludźmi. A ludzie już są interesowni, egoistyczni i okrutni.
"Musisz bić psa, żeby Cie słuchał"
Ale to ja jestem tym psem i wcale nie chcę, żeby mnie bili!
Halo! Czy ten świat na głowie stanął?!
Chyba tak. Kolejny mały koniec świata.
Człowieczeństwa coraz mniej, okrucieństwo sprzedamy w nadmiarze...
Spokojniej. O wiele spokojniej. Panienka Panika odeszła daleko, zabierając ze sobą chłopca o imieniu Irracjonalny Lęk.
Dużo łatwiej, łagodniej, bardziej miękko, jasno, swobodnie się czuję teraz.
Nowe Życie ot - na wyciągnięcie ręki. Już wcale nie straszne, nie przerażające, nie paraliżujące, nie takie złe.
Rano idzie spać do siebie w Piekła suchy piach
Zmienia postać kiedy chce a jego imie zwykły Strach
Krzyczę STOP! Łagodnieje w mig
STOP! Jakby trochę znikł
STOP! I chowa kły i nie jest już taki sam, nie jest już taki zły
Wilki podchodzą pod okna
Stoją do zmroku żeby mnie spotkać przed snem
Już wiem, że nie są złe...
Chciałabym zasnąć i obudzić się w przyszłym rok. Kiedy cały ten przejściowy stan będzie już za mną.
Kiedy będę już po przeprowadzce, po pierwszym roku, po 'aklimatyzowaniu się' w nowym miejscu.
Wciąż boję się, że sobie nie poradzę.
Ale kiedy zaczęłam z tej bezsilności cierpieć na bezsenność i płacz histeryczny, M. powiedziała mi: "Chcesz zrezygnować?"
Nie mogę zrezygnować.
"Skoro nie możesz się poddać, musisz sobie poradzić."
I koniec. Ot i cała jej filozofia.
Może dobra.
Trochę idąca tropem: "jeśli nie masz na coś wpływu, to po co się tym przejmować".
Tyle, że ja mam wpływ. I to mnie przeraża. Nie lubie decydować o czymkolwiek, nie lubię podejmować bardzo odpowiedzialnych kroków, bo boję się, że wszystko mi się zawali, jak domek z kart.
I może właśnie o to chodzi. Może trzeba drastycznych metod, radykalnych środków, żebym upewniła się, że mogę, że dam sobie radę. Sama czy z nim - nie ważne. Muszę dać sobie radę.
I wiem, że mogę, wiem, że mogę
Choć mam pod skórą coś jakby strach...